Jak zostać zawodowym dyplomatą, w czym może zawód dyplomaty ograniczać człowieka i czy dyplomata musi pochodzić z Warszawy? – m in. na te pytania uzyskali odpowiedź studenci prawa Uniwersytetu Kaliskiego, którzy we wtorek wzięli udział w spotkaniu z Marzenną Adamczyk – doświadczoną przedstawicielką polskiej dyplomacji, byłą ambasador Rzeczypospolitej Polskiej na Kubie i w Hiszpanii, uznaną ekspertką w dziedzinie dyplomacji i iberystyki. Spotkanie odbyło się w ramach współpracy z Regionalnym Ośrodkiem Debaty Międzynarodowej.
Witający gości prof. Andrzej Wojtyła, rektor Uniwersytetu Kaliskiego, podkreślił wartość dialogu i kultury kompromisu w życiu publicznym. – Zależy nam na tym, żeby nie liczyła się siła głosu, ale siła argumentu – zaznaczył rektor, wyrażając nadzieję, że doświadczenia pani ambasador staną się dla studentów inspiracją do refleksji nad sztuką prowadzenia rozmów na arenie krajowej i międzynarodowej. Ambasador Marzenna Adamczyk odwiedziła Kalisz po raz pierwszy w życiu i od początku dała wyraźny sygnał, że przyjechała z konkretnym przesłaniem. – Chciałam wam uświadomić, że nie trzeba urodzić się w Warszawie, żeby zostać dyplomatą – powiedziała, dodając, że patrzy na Uniwersytet Kaliski jak na uczelnię, która jest prężnym ośrodkiem akademickim, gotowym na wyzwania. Jej słowa spotkały się z wyraźnym zainteresowaniem studentów prawa, dla których kwestia wyboru ścieżki zawodowej po studiach pozostaje otwarta.
Wybitna przedstawicielka polskiej dyplomacji rozwiała jeden z najpowszechniejszych stereotypów dotyczących swojego zawodu. – Panujące wyobrażenie o dyplomacji, jako świecie rautów, szampana i eleganckich recepcji to bzdura. Wyjścia towarzyskie są jedynie narzędziem pracy: okazją do nawiązania kontaktu z urzędnikiem, do którego w inny sposób trudno się dostać. Znaczną część spotkania poświęcono doświadczeniom z placówki dyplomatycznej na Kubie. Ambasador Adamczyk opowiadała o fundamentalnej zasadzie dyplomaty: konieczne jest zrozumienie odmiennej rzeczywistości, co nie oznacza jednak jej akceptacji. Na przykładzie Kuby – kraju doświadczającego dziś dramatycznych problemów energetycznych, gdzie wyłączenie głównej elektrowni pozbawiło prądu połowę kraju, a szpitale straciły możliwość przeprowadzania operacji – pokazała, jak złożone są postawy ludzi wobec systemu, który ich ukształtował. Studentów zainteresowała i poruszyła historia kubańskiej minister, wybitnie wykształconej ekonomistki, która entuzjastycznie odnosiła się do socjalistycznej rewolucji sprzed lat. Jej wyjaśnienie okazało się głęboko ludzkie: przed rewolucją jej matka – jako mulatka – mogła co najwyżej marzyć o posadzie służącej w zamożnym domu. Tymczasem po rewolucji Fidela Castro, zdobyła wykształcenie i została światowej sławy mikrochirurgiem oka. – Tę wdzięczność można zrozumieć – skomentowała ambasador. – Przed 1959 rokiem ogromna część pracowników kubańskich plantacji nie miała nazwisk ani dokumentów. Rewolucja dała im obywatelstwo, dostęp do edukacji i służby zdrowia. Ludzi, którzy cenią te zdobycze, jest na Kubie wielu – i to jest fakt, z którym dyplomata musi się zmierzyć, niezależnie od własnych przekonań.
Ambasador Adamczyk mówiła też otwarcie o tym, czego dyplomacja wymaga od człowieka. Zawód ten jest silnie ograniczający – i to nie tylko w sensie protokolarnym. Dyplomata nie może pozwolić sobie na „syndrom dr. Jekylla i Mr. Hyde’a”: jego wizerunek jest widoczny zawsze, nie tylko w godzinach pracy. Elegancja w dyplomacji to nie moda, lecz zasada: umiar, stonowanie, adekwatność do miejsca i okazji. – Dyplomacja jest trzy, cztery kroki za modą – powiedziała, dodając, że zamiast luksusowych torebek znanych marek, ona sama zawsze nosiła sznur bursztynów – co nieodmiennie stawało się pretekstem do rozmowy o Polsce i jej skarbach.
Bo właśnie to jest jednym z kluczowych zadań dyplomaty: sprzedawanie wizerunku własnego kraju. Polacy – jak zauważyła ambasador – mają tendencję do siedzenia cicho w kącie, zamiast chwalić się osiągnięciami od Kopernika po Marię Skłodowską-Curie, która podkreślała swoją polskość na każdym kroku.
Uczestnicy spotkania podkreślali z kolei, że przyniosło ono również praktyczne informacje dla osób rozważających karierę dyplomatyczną. Aplikacja do służby zagranicznej wymaga ukończonych studiów magisterskich (kierunek i profil nie mają znaczenia, a wśród ulubionych aplikantów pani ambasador był absolwent logistyki), świadectwa niekaralności, znajomości języka angielskiego na poziomie C1 oraz drugiego języka obcego na poziomie B2. – Im więcej certyfikowanych języków, tym lepsza pozycja. Inna sprawa, że lepiej jest mówić dobrze w trzech językach, niż słabo w pięciu – podkreśliła ambasador, zaznaczając, że za znajomością języka musi iść znajomość kodów kulturowych, historii i tradycji danego narodu. – Co istotne, służba dyplomatyczna to nie praca – to misja, bez limitu godzin i bez wyłączenia się po wyjściu z biura. Dla tych, którzy na wszystkie trudne pytania odpowiedzą twierdząco może to być droga życiowa.
Spotkanie zostało zorganizowane we współpracy z Regionalnym Ośrodkiem Debaty Międzynarodowej, którego koordynatorem jest dr Jan Wiśniewski, pracownik naukowy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.


































